Przejdź do menu głównego Przejdź do wyszukiwarki Przejdź do treści

Dostępne skróty klawiszowe:

  • Tab Przejście do następnego elementu możliwego do kliknięcia.
  • Shift + Tab Przejście do poprzedniego elementu możliwego do kliknięcia.
  • Enter Wykonanie domyślnej akcji.
  • ALT + 1 Przejście do menu głównego.
  • ALT + 2 Przejście do treści.
  • Ctrl + Alt + + Powiększenie rozmiaru czcionki.
  • Ctrl + Alt + - Pomniejszenie rozmiaru czcionki.
  • Ctrl + Alt + 0 Przywrócenie domyślnego rozmiaru czcionki.
  • Ctrl + Alt + C Włączenie/wyłączenie trybu kontrastowego.
  • Ctrl + Alt + H Przejście do strony głównej.
17 lipca 2026

Z puzonem przez życie

Drukuj

Trudno dziś wyobrazić sobie występy Miejskiej Orkiestry Dętej w Dąbrowie Górniczej bez Zbigniewa Cofóra, a koledzy i koleżanki zgodnie podkreślają, że to człowiek, od którego można uczyć się nie tylko muzyki, ale też cierpliwości, systematyczności i zwyczajnej życzliwości.

Jedni trafiają do orkiestry z dziecięcej fascynacji muzyką, inni za sprawą rodzinnych tradycji. W przypadku Zbigniewa Cofóra życie napisało jednak scenariusz pełen nieoczywistych zwrotów akcji – był niemiecki cyrk, mieszkaniowy przypadek, filharmoniczne sceny i wreszcie miejsce, które okazało się tym właściwym.

Magdalena Mike: Zbyszku, dlaczego właściwie zacząłeś od puzonu?

Zbigniew Cofór, prezes stowarzyszenia Miejska Orkiestra Dęta w Dąbrowie Górniczej: – Najwyraźniej lubię w życiu rzeczy z charakterem (śmiech). Puzon od początku mnie intrygował. To instrument, którego nie da się pomylić z żadnym innym – ma swoje brzmienie, swoją osobowość i ten charakterystyczny suwak, który dla młodego człowieka wydaje się czymś wręcz magicznym.
Ale zanim puzon pojawił się w moim życiu na dobre, trzeba było go jeszcze zdobyć. Na swój pierwszy instrument zarobiłem, pracując… w polskiej orkiestrze w niemieckim cyrku. Dziś brzmi to jak anegdota, ale wtedy była to po prostu droga do spełnienia marzenia. Człowiek był młody, pełen energii i gotowy zrobić wiele, żeby zdobyć instrument. Można więc powiedzieć, że moja muzyczna historia zaczęła się dość widowiskowo (śmiech).

Czyli muzyka od początku wymagała determinacji?

– Zdecydowanie. Nic samo się nie wydarza. Jak człowiek naprawdę czegoś chce, to musi czasem trochę zawalczyć i pomóc losowi. Ale właśnie dlatego bardziej się to ceni. Instrument nie był dla mnie zwykłym przedmiotem – był czymś, na co zapracowałem własnymi rękami.

A jak zaczęła się twoja przygoda z Miejską Orkiestrą Dętą? Rozumiem, że muzyczne doświadczenie miałeś już wcześniej?

– Tak, muzyka była obecna w moim życiu już dużo wcześniej. Miałem okazję grać w filharmonii, współpracować z różnymi zespołami i orkiestrami, więc doświadczeń muzycznych mi nie brakowało. Ale prawda jest taka, że człowiek czasem szuka nie tylko miejsca do grania, ale swojego miejsca na stałe, z którym może się naprawdę związać, gdzie oprócz muzyki są też ludzie, relacje i poczucie przynależności.
Tutaj znów życie napisało własny scenariusz. Chcieliśmy z rodziną zamienić mieszkanie na większe i trafiłem do Damelu. Okazało się, że żeby pewne sprawy mogły się pomyślnie poukładać, dobrze byłoby być jakoś związanym z zakładem. No to zostałem związany… z orkiestrą (śmiech).
Niektórzy trafiają do orkiestry z wielkiego artystycznego planu, ja – można powiedzieć – trochę również z powodów mieszkaniowych. Ale jak widać, czasem właśnie takie przypadki prowadzą człowieka dokładnie tam, gdzie powinien być.

Co daje granie w orkiestrze, czego nie daje granie solo?

– Przede wszystkim wspólnotę. W orkiestrze każdy jest ważny. Naprawdę każdy. Z zewnątrz może się wydawać, że jeden instrument mniej czy więcej nie robi wielkiej różnicy, ale to absolutnie nieprawda. Orkiestra jest jak dobrze działający organizm. Jeśli jeden element nie funkcjonuje tak, jak powinien, całość od razu to odczuwa.
Tu nie chodzi wyłącznie o granie swoich nut. Trzeba słuchać innych, wyczuwać tempo, emocje, wiedzieć, kiedy dać przestrzeń koledze obok, a kiedy samemu wejść mocniej. To ogromna odpowiedzialność, ale też wielka satysfakcja, bo człowiek wie, że współtworzy coś większego niż on sam.
W orkiestrze najpiękniejsze jest to, że sukces nigdy nie jest zasługą jednej osoby. Każdy wnosi coś od siebie – doświadczenie, energię, charakter, brzmienie. Nawet jeśli publiczność nie zawsze to widzi, my to doskonale czujemy. Sam puzon czy inny instrument świata nie zbawi, choć puzoniści czasem lubią tak myśleć (śmiech).

Miejska Orkiestra Dęta to bardziej zespół czy druga rodzina?

– Zdecydowanie druga rodzina. Spędzamy razem mnóstwo czasu. Próby, koncerty, wyjazdy, przygotowania. Przeżywamy stres przed występami, radość po koncertach, czasem zmęczenie, a czasem śmiech do łez. Tak budują się prawdziwe relacje.

Muzyka to bardziej talent czy codzienna praca?

– Jedno i drugie, ale bez pracy samym talentem daleko się nie zajedzie. Każdy dęty instrument charakteryzuje się swoim brzmieniem, które osiąga się poprzez systematyczne ćwiczenia. Instrument trzeba traktować jak partnera. Jeśli się go zaniedbuje, szybko daje o tym znać. Puzon, jak i inny instrument dęty, nie wybacza lenistwa.

Puzoniści rzeczywiście mają opinię największych żartownisiów w orkiestrze?

– Nie chciałbym wzmacniać stereotypów, ale coś w tym chyba jest. Muzyka to poważna sprawa, ale bez humoru trudno byłoby funkcjonować. W orkiestrze zdarza się mnóstwo zabawnych sytuacji – szczególnie podczas koncertów plenerowych, kiedy pogoda postanawia zostać dodatkowym dyrygentem.

Czego nauczyła cię muzyka?

– Pokory, cierpliwości i systematyczności. Muzyka bardzo szybko pokazuje, że zawsze można coś zrobić lepiej. To dobra lekcja nie tylko dla muzyka, ale po prostu dla człowieka.

Czego słucha puzonista po godzinach?

– Dobrej muzyki, bez zamykania się na gatunki, choć prawda jest taka, że najbliżej mi jednak do muzyki klasycznej i tej związanej z orkiestrą dętą oraz big-bandem. To naturalne. Człowiek przez tyle lat nasiąka takim brzmieniem i ono po prostu zostaje z nim na co dzień. Lubię wracać do utworów orkiestrowych, bo zawsze można usłyszeć w nich coś nowego, zwrócić uwagę na detal, którego wcześniej się nie wychwyciło. Ale jeśli coś jest po prostu dobrze zagrane i ma w sobie emocje, to chętnie posłucham.

Gdzie mieszkańcy Dąbrowy Górniczej mogą spotkać orkiestrę?

– W naprawdę wielu miejscach. Często można nas zobaczyć podczas miejskich uroczystości związanych ze świętami państwowymi, lokalnymi obchodami czy oficjalnymi wydarzeniami, gdzie muzyka podkreśla wyjątkowy charakter chwili. Ale z równie dużą przyjemnością gramy podczas wydarzeń sportowych czy spotkań integrujących mieszkańców. Muzyka ma przecież łączyć ludzi, niezależnie od okazji.

Dlaczego warto przyjść na koncert orkiestry?

– Bo orkiestry dętej nie da się naprawdę poczuć przez ekran czy głośnik. Tę energię trzeba usłyszeć i przeżyć na żywo – poczuć brzmienie instrumentów, zobaczyć emocje muzyków i tę wyjątkową atmosferę, która tworzy się między orkiestrą a publicznością.

Wiele osób może pozytywnie zaskoczyć nasz repertuar, bo orkiestra dęta to nie tylko utwory, z którymi stereotypowo się ją kojarzy. Gramy bardzo różnorodny repertuar i właśnie to jest w tym piękne, że możemy trafiać do różnych odbiorców.

Rozmowa ukazała się w majowym numerze „Przeglądu Dąbrowskiego”

Serdecznie zapraszamy mieszkańców na koncerty plenerowe w Parku Zielona (16 i 23 sierpnia) i Parku Podlesie (9 sierpnia). To świetna okazja, żeby spędzić czas z rodziną czy znajomymi i przekonać się, że orkiestra dęta potrafi zaskakiwać, i to bardzo pozytywnie.

Czytaj więcej

Kultura

Ławka na Zielonej przypomina o Basie

Wiadomości

Ostatnia szansa na dofinansowanie ogrzewania gazowego

Komunikaty

Rodzina – dom budowany miłością III

Biznes

Dotacja na start z PUP. Jak dobrze przygotować wniosek?