13 stycznia 2020

Nie widzę przeszkód. Dąbrowianie 2.0 – Łukasz Baruch

Stracił wzrok, ale nie poddał się i wychowuje córkę. O ojcostwie w ciemnościach – co sprawi, że nabierzesz dystansu do własnych problemów – w rozmowie z Łukaszem Baruchem z Fundacji Wygrajmy Razem.

ZOBACZ ODCINEK Z ŁUKASZEM BARUCHEM

Jak to się stało, że nie widzisz?

Czternaście lat temu miałem stłuczkę samochodową. Jeździłem wtedy starym polonezem z uszkodzonym układem chłodzenia, auto się zagotowało. Byłem tak zestresowany całym zdarzeniem, że nie poczekałem aż samochód ostygnie, ale odkręciłem korek od chłodnicy i wszystko, co tam było, prysnęło mi w twarz. Nie bolało, ale po jakimś miesiącu zacząłem gorzej widzieć. Po drodze była błędna diagnoza neurologiczna i dopiero po dłuższym czasie okazało się, że doszło do zapalenia siatkówek. A ja właśnie zmieniłem pracę, byłem trzy miesiące przed ślubem i po prostu bałem się iść na zwolnienie lekarskie. Byłem wtedy znacznie młodszy, człowiek myślał inaczej… W ciągu ośmiu miesięcy straciłem wzrok w obu oczach. Pamiętam nawet dzień, kiedy przestałem widzieć całkowicie – to było 17 marca 2006 roku. Na telewizorze była czerwona dioda, codziennie rano sprawdzałem, czy ciągle ją widzę. Tego dnia jej nie zobaczyłem i tak zostało.

Miałeś wtedy narzeczoną – Olę. Wzięliście ślub?

Tak, byliśmy z Olą razem już od dwóch lat. Narzeczoną widziałem i jej obraz pozostał, ale żony już nie zobaczyłem, bo ślub braliśmy po ciemku.

Jak sobie z tym poradziłeś? Docierało do Ciebie w ogóle, że stracisz wzrok?

Nie docierało. Chyba wypierałem to, że przestanę widzieć. Jak masz 25 lat, to myślisz sobie: „Mnie to nie dotyczy”. Choć wychowałem się koło ośrodka dla niewidomych, który był dosłownie za płotem, mam też kuzyna niewidomego i choć wzrok stale się pogarszał – to sam siebie oszukiwałem. Bałem się, że mnie zwolnią, zwłaszcza, że dostałem awans. Myślałem, że da się coś z tym zrobić. Ale nie dało się.

To bez wątpienia było trudne dla Was obojga.

Nasza przyszłość była bardzo niepewna. Oboje zaczynaliśmy nasze życie, nikt specjalnie nam tego nie ułatwiał, sami wszystkiego się dorabialiśmy. Sytuacja zmieniła się po wypadku, bo przecież straciłem pracę, było nam ciężko także ze względów materialnych. Wielu znajomych mówiło Oli, żeby się zastanowiła, czy chce takiego życia. Ja zresztą też z nią o tym rozmawiałem. Lekarze również mówili Oli, że bierze sobie ciężar na plecy. Mimo wszystko zdecydowała się, poukładało się.

Tak naprawdę dopiero teraz uświadamiam sobie w pełni, ile tracę. Mam dziecko, którego nigdy nie widziałem.

Jak to przeżywałeś?

Bardziej przeżywałem nie to, że tracę wzrok, ale właśnie wszystko, co działo się wokół. Zajadałem stres, zastanawiałem się nad przyszłością. Bałem się tego, co będzie, kiedy wyjdę ze szpitala, bałem się życia po prostu, czy będę sam, utraty samodzielności. Ale tak naprawdę dopiero teraz uświadamiam sobie w pełni, ile tracę. Mam dziecko, którego nigdy nie widziałem, a na które tak długo czekaliśmy.

Myślałem, że nie zrozumie, jak jej powiem, że nie widzę, bo mam chore oczy. Kiedy przychodziła z książeczką i mówiła: „Tato, poczytaj mi”, to wtedy ściemniałem, jakąś bajkę opowiadałem.

Blanka ma trzy i pół roku. Rozumie już, że Ty nie widzisz?

Zaczyna rozumieć. Początkowo popełniłem błąd – nie mówiłem, że nie widzę. Trochę z wygody, bo kiedy dziecko do ciebie podchodzi, chce coś pokazać, to myślałem, że nie zrozumie, jak jej powiem, że nie widzę, bo mam chore oczy. Kiedy przychodziła z książeczką i mówiła: „Tato, poczytaj mi”, to wtedy ściemniałem, jakąś bajkę opowiadałem. Ale kiedy zacząłem chodzić do przedszkoli, tłumaczyć innym dzieciakom, jak to jest być osobą niewidomą, wtedy stwierdziłem, że to tak, jakbym oszukiwał własne dziecko. Chciałem poczekać aż zacznie lepiej rozumieć, bo miałem takie doświadczenie z bratankiem mojej żony – kiedy powiedzieliśmy mu, że nie widzę, to po prostu się przestraszył, zaczął płakać i już nie chciał do mnie przychodzić. Więc bałem się reakcji Blanki. Teraz już wie, już pyta, czy jakiś lekarz to wyleczy. Zadaje pytania, a ja na te pytania normalnie odpowiadam. Prowadzi mnie za rękę, w mieszkaniu pomaga mi coś znaleźć, a kiedy zaprowadzam ją do przedszkola z moją mamą, to z przedsionka prowadzi mnie do szatni omijając różne przeszkody i mówi: „O, tu są kwiatki, tu futryna, żebyśmy w nią nie weszli”. Już zaczyna rozumieć sytuację.

A jakie są najtrudniejsze chwile?

Z Olą wypracowaliśmy wspólne życie. Wiemy, czego oczekiwać nawzajem od siebie. Wiadomo, czasem nie jest łatwo. Ale z Blanką jest trochę inaczej. Chciałbym być jak najlepszym ojcem, zostałem nim w wieku 35 lat, jako dojrzały człowiek, świadomy ojcostwa. Chciałem zachować się zdroworozsądkowo, żebyśmy oboje nie zgłupieli na punkcie rodzicielstwa, żeby nie zrobić krzywdy dziecku. Trudne jest to, że nie jestem w stanie ze swoim dzieckiem robić tego wszystkiego, co może normalny ojciec. Nie we wszystkie zabawy mogę się z nią bawić, nie mogę jej czytać książek, musiałbym nauczyć się ich na pamięć. Kilka bajek znam, pytam Blankę, co jest na obrazku i wtedy opowiadam jej tę bajkę. Ale kiedy idziemy na plac zabaw albo kiedy pojechalibyśmy do wesołego miasteczka, to nie mógłbym z nią iść na karuzelę, musi to robić Ola. To też jest trudne. Gdziekolwiek jedziemy, to powinny być trzy osoby dorosłe, w tym taka, która mnie zagospodaruje albo pomoże zagospodarować Blankę. Bo choć jestem osobą dorosłą, trzeba na mnie zwracać uwagę – na przykład, gdy jesteśmy w tłumie albo w miejscu, gdzie dużo się dzieje. Wiadomo – mogę się potknąć, wszystko może się zdarzyć, a tu jeszcze trzyipółletnie, energiczne dziecko. Zaginęła nam na chwilę w czasie biegu dla dzieci, szukała jej Ola, a ja nie byłem w stanie w żaden sposób pomóc. Stałem i tyle. To są trudne chwile.

Jak sobie z nimi radzisz?

Średnio. Przeżywam bardzo. Zupełnie naturalne w tej sytuacji jest też to, że Blanka z wieloma sprawami nie zwraca się do mnie, lecz do Oli. To oznacza duży problem z poczuciem własnej wartości. Mam taki charakter, że chciałbym być akceptowany, bo poczucie własnej wartości mam zaburzone. I to pomimo, że biorąc pod uwagę moją sytuację, mogę śmiało powiedzieć, że sukces życiowy osiągnąłem. To nie sprawiło jednak, że czuję się pewniej w różnych sytuacjach. Na pewno czuję się niepełnowartościowym ojcem, mimo, że bardzo się staram. Prasuję ubrania Blanki, bo to moje zadanie, albo wieczorem kąpię, ubieram i myję z nią zęby, czasem usypiam, staram się uczestniczyć się w życiu rodzicielskim. Ale nie wszystko się da i niby to jest zrozumiałe, ale Blanka jeszcze tego nie rozumie. Jest bardzo szczera, jak nie może czegoś ze mną zrobić, to olewa i idzie do mamy, a ja bardzo przeżywam, że czasem nie jestem w stanie sprostać jakiemuś zadaniu.

A ten sukces życiowy o którym wspomniałeś to…?

To przede wszystkim rodzina, bo w przypadku osoby niepełnosprawnej nie jest to takie oczywiste. Tym bardziej, że Ola poznała mnie jako osobę sprawną i została postawiona przed jakimś wyborem. Początki był więc trudne, ale udało się i to jest ogromny sukces. To, że jest Blanka, że oboje pracujemy – wszystko się liczy. To także sukces zawodowy, bo zostałem całkowicie zdyskwalifikowany w swoim zawodzie i musiałem się przekwalifikować, pozbawiony najważniejszego zmysłu, jakim jest wzrok. Śpiew był moją pasją, stał się też sposobem na życie. Spełniłem wiele swoich marzeń artystycznych i nigdy bym nie przypuszczał, że nie mając wykształcenia muzycznego, można jeździć po Polsce jako wokalista, koncertując, realizując projekty z gwiazdami, występować w takich miejscach, o których inni tylko marzą. Wreszcie udaje nam się robić świetne rzeczy w fundacji, dajemy pracę pięciu pracownikom, robimy fajne projekty. Biorąc pod uwagę, że musiałem przeprojektować zupełnie swoje życie jako dorosły, to myślę, że odniosłem sukces.

Wywiad opublikowany za serwisem TataPrzygoda.pl

Poprzednie odcinki serii filmów #Dąbrowianie2.0 znajdziesz tutaj

Czytaj więcej

Wiadomości

Wydłużono termin opłat za użytkowanie wieczyste i przekształcenie

Nabór wniosków o udzielenie niskoprocentowej pożyczki

Światowy Dzień Autyzmu

Wiadomości

Tarcza antykryzysowa weszła w życie