Wystartują przy Pogorii IV. Prawdopodobnie na początku września. Reszta to zupełna loteria. Polecą nad morze, w Karkonosze albo Bieszczady. Kierunek podyktuje wiatr.
- Ta myśl prześladowała nas od dawna, teraz przyszedł czas na realizację - mówi Michał Radka, dąbrowski paralotniarz, który z Robertem Bryzikiem wybiera się w długodystansowy lot.
Polecą, można rzec, w nieznane. Początkowo za cel podróży obrali wybrzeże. Jednak ostatecznie postanowili, że nie będą trzymać się kurczowo tego planu. Jeśli po wzbiciu się w powietrze sprzyjający wiatr poniesie ich w inną stronę, poddadzą się naturze.
- Zwykle lataliśmy na dystansie do 60, 70 km. Taki długi lot to nowe wyzwanie. Lecąc z wiatrem, przy optymalnych warunkach jesteśmy w stanie pokonać 150 km dziennie - opowiada Radka.
Wyprawa, dokądkolwiek by prowadziła, powinna zamknąć się w pięciu dniach.
- Przy przychylnych wiatrach może potrwać dwa dni, a przy niedogodnej pogodzie możemy nie dolecieć w ogóle. Liczymy się z tym, że to może być tylko pierwsza próba - tłumaczy paralotniarz.
Oprócz sił przyrody korzystać będą z napędu silnikowego, a także z nieocenionej pomocy „człowieka z ziemi". Wiślimir Gromadka, nie sprzeciwiając się grawitacji, z lądu będzie dawał wsparcie dwóm śmiałkom. Jego rola w całym przedsięwzięciu będzie bardzo ważna, w zasadzie bez niego paralotniarze nie mogą nawet marzyć o powodzeniu swojego ambitnego planu.
- Po pierwsze, po wylądowaniu kierowca musi nas znaleźć. Będzie wyposażony w paliwo do napędów i kosiarkę, aby przygotować gładkie podłoże do startu. Przy międzylądowaniach dostarczy nam jedzenie i namioty, bo noce będziemy spędzać tam, gdzie wylądujemy. Do tego będzie zbierał informacje o pogodzie - wylicza Michał Radka.
Paralotniarze będą mieć z nim kontakt radiowy, między sobą będą porozumiewać się dzięki kaskom z interkomem. Jeśli dostrzegą gdzieś w miarę gładką i skoszoną łąkę albo zaorane pole, które wybiorą na miejsce lądowania współrzędne GPS przekażą kierowcy. Jednak zdobycze techniki mogą okazać się niewystarczające w konfrontacji z naziemnymi realiami. Mówiąc krótko, nie zawsze uda się kierowcy łatwo i szybko dotrzeć do celu.
- Może być tak, że nawigując autem z góry, będziemy naprowadzać je na upatrzone lądowisko - wyjaśnia Radka.
Dlatego samochód będzie miał na dachu znak „X", aby był bardziej widoczne i dało się nim „sterować" z powierza.
Michał Radka to typowy przykład osoby, którą nosi adrenalina. Potrzeba wrażeń i wyzwań nie pozwala usiedzieć mu na miejscu. Oprócz latania lubi zapuszczać się do jaskiń. Niedawno odkrył nową pasję, nurkowanie. Nie byłby sobą, gdy nie związał z tym śmiałych planów. Po zwiedzeniu polskich akwenów ma zamiar zimą zanurzyć się w otmętach Morza Czerwonego u wybrzeży Sudanu. Jak widać w jego życiu nie ma czasu na nudę.
O podniebnej pasji Michała Radki można przeczytać tutaj.
Trzymając kciuki za całą trójkę poinformujemy w naszym serwisie o dniu startu.
Niecodzienną wyprawę na bieżąco będzie można śledzić na stronie domorza.blox.pl.





